Rozdział 1
Droga
z baru do miejsca, w którym mieszkał, nie była długa i prowadziła przez las. Las,
który w nocy wydawał się żyć własnym życiem. Mało kto wybierał się na
przechadzki po zachodzie słońca, chyba że musiał, lub miał ku temu jakiś
określony cel.
O ludzie, widziałam tutaj tragiczną literówkę, ale nie mogę jej znaleźć. Jak ktoś ją wypatrzy, to niech mi powie.
Chciałam przekazać kilka słów na wstępie, bo ten blog działa trochę inaczej niż poprzednie, pod którymi się podpisywałam. Jeśli ktokolwiek czytał to kiedyś na komputerze, to widział, że w zakładce z autorami są dwie osoby; piszemy we dwójkę, Aina (tak, ta z MU) i ja. Wydarzyło się tak dlatego, że pewnego dnia Aina rzuciła mi żarcik, że może zaczniemy coś takiego pisać, a ja nie odpuściłam i... oto blog. Praktycznie może się z nim wszystko stać, bo Aina nie spierdzieliła sobie życia tak jak ja i ma wymagające studia, które niedługo się zaczną, zabierając jej czas na pisanie, którego i tak zbyt wiele nie ma; a poza tym ma też swoje, ważniejsze opowiadanie (do którego publikowania namawiam ją jakoś dwa lata). Także jak na razie ja jestem podjarana, ale możliwe, że opowiadanie zaraz się sypnie.
Dzięki temu że piszemy we dwie, opowiadanie będzie bardziej zróżnicowane. Aina skupia się bardzo na świecie przedstawionym, gdy mi obojętne, czy bohater przeszedł obok dębu czy buku, nawet ich nie rozróżniam. Od mojej współautorki można się również spodziewać różnych zagadek, dużo szczegółów i jakby bardziej wyrafinowanego języka. Moje sceny zazwyczaj idą szybko i zawierają moje trzy ulubione rzeczy; smoki, rany i pół Japończyków. Jak się można domyślić, większość scen z Hunterem jest napisane przez Ainę, a większość z Chaosem przeze mnie. W tym rozdziale jest tak mniej więcej po połowie i jestem bardzo ciekawa, czy ktoś rozróżni momenty, w których urywa się narracja jednej, a zaczyna drugiej.
Kończę tą notkę autorską bo jeszcze napiszę ją dłuższą niż rozdział.
Uszanowanko.
PS. Zapomniałam przy prologu powiedzieć jaka ważna jest playlista i że pierwsza piosenka pasowała do prologu w cholerę, a z kolei tutaj na końcu, gdy słońce wschodzi, słyszę refren czwartej.
Żeby nie było, credit za obrazek użyty w rozdziale: Effett na tumblrze
Ogromne
skupisko drzew skrywało w sobie mnóstwo tajemniczych miejsc o, których wielu
chroniących się w lesie nie miało pojęcia. On sam zdołał odkryć spory obszar,
obejmujący tereny okalające jezioro, które schowane w centrum lasu było niczym
jego serce. Woda rozdarła swe obrzeże aż na kilkaset kilometrów wzdłuż i
wszerz, zatopiwszy co stało na jej drodze, do momentu gdy nagle uznała swój
ogrom za wystarczający.
Hunter
usłyszał szamoczącego się w liściach brzozy ptaka. Uniósł głowę i w ciemności
nocy szukał wzrokiem ptaszyska. Cień jak błyskawica przeleciał na gałąź
rosnącego obok dębu, który piął się w górę czterdzieści metrów i niczym parasol
ochronny przykrywał swymi mosiężnymi konarami żyjące pod nim istoty.
Usłyszał
zgrzyt pazura o korę. Spojrzał na siedzącą na gałęzi kolejnego dębu kilka
metrów przed nim sowę, wpatrującą się w niego jak w obraz. Żółte oczyska
odbijały się na tle jej szarego puchu, a ciemniejsze pręgi na jej piórach
falowały pod wpływem delikatnego nocnego wiatru.
Z
prawej strony zahuczała inna sowa. Żółtooka zaraz skierowała głowę w tamtą
stronę i odpowiedziała swojej siostrze. Hunter ruszył dalej przed siebie, a
dźwięki ruszyły razem z nim. Pomruki zwierząt, dziwnych istot, szmer liści i
zgrzyt gałęzi. Kroki stawiane na ścieżkach przez ludzi znających drogę lub nie.
Niebieskooki
potrafił wyczuć, gdy ktoś kroczył w lesie niepewny swojej wędrówki. Jego
wyostrzony wzrok i słuch odbierały bodźce wyraźniej, pozwalając mu sprawniej
poruszać się pośród otaczającej go dzikości, zachowując jednocześnie czujność.
Najbardziej zniewalający był jednak zapach, unoszący się w zimnym, owianym
ciemnością powietrzu, niczym dusza wznoszącego się jak mur lasu i stworzeń w
nim żyjących.
Znieruchomiał
ponownie i zamknął oczy. Do jego nozdrzy dotarła woń sierści jelenia, którą
zdążył już nawet polubić. Od wschodu dryfował swąd gaszonego ogniska, które
wcześniej rozpalił pewnie jeden ze „strażników lasu”, sprawdzający bezpieczeństwo
w okolicy. Po charakterystycznej woni jeziora wyczuł, że niewiele zostało mu do
celu.
Zza
jego pleców dochodził smród padliny. Szmer pod jego nogami powiadomił go, że
zbliżał się do osady harujących w pocie czoła mrówek. Postawił prawy but dalej
od ich mrowiska i skierował się na znaną sobie ścieżkę, odchodzącą w prawo.
Gałąź buku odstająca prostopadle do pnia stanowiła element pozwalający każdemu
trafić do domu. Zawieszona na końcu cieniutka biała nitka potwierdzała, że
ścieżka prowadziła w dobrym kierunku. Im bliżej jeziora Hunter się znajdował,
tym gęstsza dróżka się stawała. Liście krzewów i igły zawadzały o jego kurtkę,
narzucony kaptur i kołczan.
Zza
cienkich nachodzących na siebie nad ścieżyną gałęzi dostrzegł falującą czarną
wodę. Tutaj przyroda była bardziej niespokojna niż w głębi zielonego królestwa,
woda pobudzała wszystko wokół siebie, przez co miało się wrażenie, że natura
prowadzi ze sobą rozmowy, lecz zrozumiałe tylko dla siebie samej. Szmery,
trzaski, szumy, chlupot wody – to wszystko w uszach Huntera brzmiało jak
burzliwa narada. Zawsze przechodząc tędy nocą myślał o tym, jak niezwykłą i
potężną moc ma w sobie przyroda, której żaden człowiek nie jest w stanie
przezwyciężyć. Nawet taki jak on.
Gdy
szedł wzdłuż jeziora, jego cel pojawił się w polu widzenia. W tym jednym
budynku byli osadzeni – bo czasem trudno było powiedzieć, aby mieszkali – tacy
jak on. Ci, którzy urodzili się zwykłymi ludźmi, a okazali mutantami, których
władza odebrała rodzinom i wysłała do tego miejsca. Kto próbował uciec, ginął.
Niektórzy
z nich przywykli do swoich pseudonimów tak bardzo, że zapominali, jak naprawdę
się nazywają. Nie mogli używać swojego nazwiska, odkąd ich umiejętności zostały
odkryte. Ich tożsamość była powoli wymazywana, zastępowana przez obraz potwora
czy żołnierza, którym każdy po części się stawał.
Położył
dłoń na klamce. Gdy drzwi rozpoznały jego linie papilarne, usłyszał trzask
zamka i wszedł do budynku. Odłożył łuk na ziemię i zmrużył oczy, gdy zauważył
smugę światła wydostającą się przez uchylone drzwi do małego pokoju niedaleko.
Domyślał się, co to mogło oznaczać. Powoli podszedł do pomieszczenia i wystawił
głowę do środka. Shine przerwała rozcieranie ziółek moździerzem aby spojrzeć na
niego i uśmiechnąć się smętnie.
-
Późno już – powiedział. – Nie męcz się tak.
-
Chaos prawdopodobnie znów zużyje dzisiaj całość – zameldowała.
Blondyn
westchnął.
-
Shine, ale my nie mamy tutaj dwóch Chaosów, aby tyle eliksirów było nam
potrzebne.
-
Ale ja czuję się bezpieczniej, gdy mam zapas.
Hunter
zacisnął usta w cienką linię. Nie podobało mu się to. Drobna blondynka często
siedziała do późnej nocy nad swoimi eliksirami, które nierozważny pseudo
samuraj zużywał niemal po każdej swojej misji, z której zdawało się, że specjalnie
wychodził nie bez szwanku.
Chłopak
patrzył z podziwem nie tylko na Shine, ale również na jej pracownię. Wszystko
było uporządkowane, czyste, od najmniejszej probówki, przez zadbane rośliny na
szerokim parapecie, po staranne warkocze na głowie dziewczyny. Widział, jak
peszyła się za każdym razem gdy się jej przyglądał. Był w jej pracowni niczym
słoń w składzie porcelany, ale coś go tam zatrzymywało. W tym miejscu, przy
Shine, czuł się jak w domu.
-
Długo jeszcze? – zapytał.
-
Niecała godzina – odpowiedziała dziewczyna.
Hunter
pokiwał głową.
-
Przyjdę jeszcze – obiecał, po czym zamknął powoli drzwi i ruszył do innego
pomieszczenia.
Chaos
leżał na łóżku, a Shadow zanurzała kolejną nić w eliksirze. Nawet w takiej
sytuacji chłopak był idealnym uosobieniem swojego pseudonimu – jego w całości
pokryte kolorowymi tatuażami plecy tym razem były również przyozdobione trzema
sporymi rozcięciami idącymi przez prawie całą długość. Kok, w który związał
swoje czarne, kręcone włosy, był tak potargany, że nie wyglądał za niczym.
Shadow
cierpliwie wbiła igłę w rozszarpany kawałek skóry rannego i przeciągnęła nić.
Gdyby nie eliksir tworzony przez Shine, Chaos dawno nie miałby swoich tatuaży,
które pokrywały całe jego ręce, a potem przechodziły od karku, aż na uda.
Chłopak
zacisnął pięści, gdy Shadow przeszła do następnej rany. Jeżeli w umyśle Huntera
było jeszcze jakieś miejsce na współczucie, to przyćmiło się ono ulgą, że tym
razem Chaos nie przeszkodzi mu w misji.
-
Znowu terrodaktyl? – zapytał blondyn od niechcenia.
Skośnooki
pokiwał głową. Był cały spięty, było widać, że cierpiał przez szycie ran
żywcem, ale nigdy nie unikał bólu i wydawał się być z niego dumny.
-
One już mnie chyba rozpoznają – odpowiedział, gdy złapał oddech.
-
Kiedyś zakradną się pod twoje łóżko i w nocy, jak już się położysz, wyjdą i cię
zjedzą – roztoczył wizję Hunter.
-
Jestem zbyt kościsty – stwierdził Chaos. Miał rację. Pod jego niby umięśnioną
klatką piersiową odznaczały się odstające żebra, które można było policzyć. – A
wnętrznościami się nie najedzą. Mogę ci zagwarantować, że nie będą tego
próbować, bo nie dość że zero wyżerki, to jeszcze musiałyby zostawić kości,
które dawałyby świadectwo, że istniałem.
Shadow
przewróciła oczami. Była przyzwyczajona do opatrywania ran, ale gdy wyobrażała
sobie wszystkie żarciki Chaosa, czasem robiło jej się niedobrze.
-
Idziesz na misję? – zapytała Huntera, aby zmienić temat.
Blondyn
przytaknął. Wolał nie zdradzać, dokąd, bo jeszcze Chaos podniósłby się, wziął
miecz w rękę i zrobił rzeź gdzieś niedaleko doliny niebieskich mgieł. Jednak
tym razem nawet nie wytknął mu, jak bardzo marnował czas. Musiał być po
naprawdę ciężkiej walce.
Hunter
skorzystał z okazji, że nie zaczęli kłótni i szybko wyszedł z pokoju. Zapukał
do pracowni Shine i gdy pozwoliła mu wejść, usiadł przy stole naprzeciw niej.
Przyglądał się, jak w skupieniu odmierzała kilka kropli płynu z probówki i
dodawała go do świeżo powstającego wywaru.
-
Jakieś zamówienia? – zapytał cicho.
Dziewczyna
spojrzała na niego z niedowierzaniem.
-
Znowu wychodzisz na noc? – zapytała.
-
Hodowca smoków eteru przeprowadza je przez dolinę niebieskich mgieł – wyjaśnił.
– Raczej będzie ich pilnował, ale zawsze mogę się czegoś dowiedzieć. Albo on
może się zagapić, a wtedy to ja będę ratował jego podopiecznych.
Shine
pokiwała głową. Starała się nie być nadopiekuńcza w stosunku do cztery lata
starszego, o głowę wyższego faceta, ale i tak martwiła się o niego przy każdej
misji. Shadow zawsze powtarzała jej, że niebezpieczeństwa, w które pakował się
Hunter były niczym w porównaniu do tych, z jakimi mierzył się Chaos, lecz Shine
nie potrafiła tak po prostu się uspokoić. Jej umysł podpowiadał jej scenariusze
mnóstwa wypadków, które przecież zawsze mogły się wydarzyć, tym bardziej jeśli
ktoś czyhał na przestępcę.
Wszystko
zaczęło się dwa tygodnie wcześniej, wraz z pierwszym atakiem na młodego smoka
światła, niedaleko miasta. Stwór został pozbawiony łusek oraz pazurów i
pozostawiony z takimi obrażeniami skonał zanim właściciel zdążył wrócić do
domu.
Od
tego czasu ataki zaczęły się nasilać, a schwytanie mordercy stało się
powszechnym celem i wyjątkową obsesją Huntera i Chaosa. Zajmowali się tą sprawą
bardziej niż hodowcy, poświęcali własny spokój i siłę tylko po to, aby niemal
codziennie odnosić porażki. Być może osiągnęliby coś, gdyby połączyli swoje
siły, lecz to było niemożliwe; ich sposób myślenia i działania kłóciły się ze
sobą do tego stopnia, że czasem nawet jeden szkodził drugiemu.
Zasadnicza
różnica była taka, że Hunter twierdził, że mordercą był człowiek – bo tylko istota
rozumna mogłaby zaplanować sobie wykorzystywanie smoczych łusek do swoich
celów; zdaniem Chaosa jednak żaden człowiek nie ośmieliłby się atakować tak
potężnych istot – dlatego chłopak szukał odpowiedzialnych za morderstwa
potworów.
Ani
jeden, ani drugi nie znalazł niczego, co mogłoby ich naprowadzić na rozwiązanie
tajemnicy. I z nikąd nie nadchodziły żadne podpowiedzi.
***
Zaczął
ostrożnie schodzić po pojawiających się w coraz większej ilości kamieniach.
Wystawały nieregularnie z obrośniętej trawą ziemi i stanowiły pułapkę dla tych,
co nie patrzyli pod nogi.
Skryta
w dole dolina niebieskich mgieł była idealnym miejscem dla kogoś kto chciał się
ukryć lecz zarazem kryła niebezpieczeństwo. Nigdy nie można było mieć pewności
czy ktoś lub coś nie czai się we mgle i nie zaatakuje. Każdy kto postanowił
zapuścić się w gąszcz drzew otulonych niebieską poświatą jak kocem brał ze sobą
broń. Wielu zabierało ze sobą smoki bądź inne stworzenia, będące ich współtowarzyszami
wypraw. W pewnych momentach Hunter czuł, że brakuje mu jakiegoś zwierzęcego
kompana ale do tej pory łuk był wystarczającym jego towarzyszem. Czuł się
pewnie ściskając go w dłoni i słysząc szurające o siebie strzały w kołczanie na
plecach.
Im
bardziej się zbliżał do doliny tym mniej wyraźniejszy otaczający go świat się
stawał. To w takich momentach doceniał swój dar najbardziej.
Liście
drzew coraz częściej pokryte były delikatną rosą od znajdującej się niedaleko
mgły a kamienie stawały się coraz bardziej śliskie.
Poczuł
jak but ześlizguje się ze skały i jak grawitacja ciągnie go do tyłu na plecy. "Złap
się czegoś" glos w jego głowie natychmiast wydał komendę przebijając nagłe
przewidywania upadku i myśli biegnące jak szalone za makabrycznymi
scenariuszami.
W
ostatniej chwili chwycił sie czegokolwiek co miał w zasięgu ręki i
przytrzymawszy się jednej z gałęzi zawisł nad kamienną ścieżką. Jego oddech
stał się jeszcze bardziej niespokojny. Cisza świdrowała w uszach a przed oczami
tańczyły rozmazane czubki drzew. Przymknął oczy i po chwili znów je otworzył.
Spojrzał w dół i w duchu zaczął dziękować, że los oszczędził mu zjeżdżalni po
skałach do samej doliny. Nie przeżyłby tego i był tego świadomy. Teraz musiał
uważać jeszcze bardziej.
Poprawił
uścisk na gałęzi i powoli oparł lewy but na trawie, która w niewielkich
ilościach wystawała spośród skał. Trzęsąc się jeszcze nieco z nagłego strachu
postawił drugą nogę na wgłębieniu w kamieniu i powoli się wyprostował. Otarł
pozdzierane od kory dłonie o rękawy kurtki. Zapiekły, ale nie przejął się tym.
Postanowił, że gdy dojdzie do doliny przemyje je lekiem od Shine, w który
zawsze go zaopatrywała.
Skupił
się chwilowo na swoich wyostrzonych zmysłach by ocenić wszelkie niepokojące
dźwięki i obrazy w okolicy. Cisza.
Otoczył
ponownie wzrokiem ścieżkę w dół zbocza. Westchnął i ostrożnie postawił krok.
Zeschnięte liście i gałęzie zaskrzypiały pod podeszwami jego ciężkich butów.
Dopiero
po chwili uświadomił sobie, że kroki które słyszał nie były tylko jego. Kilkadziesiąt
metrów dalej po tej samej ścieżce brnęły do przodu trzy majestatyczne smoki.
Hodowca nie wyglądał tak, jak Hunter sobie wyobrażał. Miał posiwiałe włosy i
nie był zbyt wysoki, ale było po nim widać, że potrafił utrzymać kontrolę nad
smokiem.
Łucznik
zatrzymał się za drzewem i zaczął obserwować powoli przesuwające się w jego
stronę istoty. Żywioł eteru był bardzo rzadko spotykany u smoków, dlatego
blondyn spodziewał się ataku mordercy z każdej strony. Handel wyjątkowymi,
złotawymi łuskami zapewne przyniósłby wielką korzyść.
Jeden
ze smoków rozpostarł skrzydła – ogromne i potężne, ale jednocześnie delikatne –
złożone z grubych, długich piór. Hunter zatrzymał na nich swój wyczulony wzrok,
podziwiając ich grację, o którą nikt nie podejrzewałby tak wielkiego stwora.
Smoki eteru były nadzwyczajne piękne; ale mimo tego, tak jak reszta ich gatunku
nie potrafiły lecieć w obrębie doliny niebieskich mgieł.
Gdy
obiekty jego obserwacji były już prawie centralnie przed nim, Hunter usłyszał
szelest w drzewach tuż za nimi – był tak cichy, że nawet smoki go nie
usłyszały, ale łucznik uniósł się lekko, aby w razie czego szybko zareagować.
Potem
słyszał już tylko dźwięk kroków czterech postaci, powoli oddalających się od
jego miejsca obserwacji. Cały czas patrzył w miejsce, z którego dobiegł tamten
dźwięk, ale niczego nie dostrzegł.
Ostatni
ze smoków obejrzał się za siebie i przez moment Hunter miał wrażenie, że stwór
dostrzegł go swoim inteligentnym spojrzeniem – ale w tym momencie smok odwrócił
się, a chłopak przeniósł wzrok na jego umięśnione łapy stąpające wyjątkowo
cicho po nierównym podłożu.
Gdy
grupa szykowała się do odlotu, Hunter był już zupełnie spokojny, ale i
jednocześnie zawiedziony. Co prawda nie lubił patrzeć na skutki ataków na
smoki, ale misje, na których zupełnie nic się nie działo, jeszcze bardziej go
złościły. Poczucie straconego czasu, który w dodatku mógł wykorzystać na sen,
powoli doprowadzało go do szału.
Zebrał
się do odwrotu gdy tylko ostatni smok wzbił się w powietrze. Nawet nie spojrzał,
dokąd zmierzały. Zbliżał się ranek, a droga, którą miał do pokonania, nie była
krótka.
Schyliwszy
głowę, przeszedł pod pnącymi się nisko gałęziami drzewa, które zataczały nad ścieżyną
lekki łuk. Jego magiczna zdolność pozwalała mu unikać niepotrzebnych uderzeń
czy zadrapań. Dobry wzrok zawsze wyostrzał przeszkodę na drodze. A nie lubił
gdy na jego ciele znajdowały się siniaki i szramy, denerwowały go, ponieważ
przypominały o bólu i sytuacjach kiedy został zadany. A sama pamięć przeszkadzała
w skupieniu i logicznym myśleniu.
Gdy
minął sklepienie zielonych liści nad swoją głową i zaczął się prostować poczuł
jak wystające z kołczanu na plecach strzały zahaczają o coś na drzewie.
Zarejestrował ciche łupnięcie o ziemię i od razu odwrócił się na pięcie, w międzyczasie
z wrodzoną sprawnością wyjmując strzałę
i opierając ja o cięciwę. Był gotowy do strzału.
Od
lekkiego podmuchu wiatru jaki wytworzył szybkim ruchem ciała, liście bujały się
na gałęziach drzew i krzewów a resztki suchego piachu wciąż opadały na ziemię
po tym jak wyrył w niej butem dziurę. Ale na jego drodze nie było nikogo. Od
razu przypomniał sobie tamten szelest. Skupił się na zmyśle słuchu i próbował
zarejestrować kolejny niepokojący dźwięk wokół, ale nic go nie zaniepokoiło.
Dopiero
gdy powoli schował strzałę, spojrzał na ścieżkę przed sobą i dostrzegł ciemną
plamę na piachu. Zgrzytając butami po ziarnach piasku podszedł do znaleziska.
Przykucnął
i przyjrzał się. Stworzenie musiało leżeć na gałęzi po tym jak zaatakował je
jakiś drapieżca, a zwisające skrzydło zawadziło o strzały.
Wzdrygnął
się gdy nietoperz wydał z siebie cichy pomruk. Znów zazgrzytał piach pod jego
butami gdy lekko cofnął się w tył. Był pewien ze zwierzę nie żyje, ale ono
najwyraźniej wciąż próbowało walczyć.
Obserwował
stworzenie przez dłuższą chwilę.
-
Nie. Nie ma mowy, nie zostawię Cię tutaj - szepnął, nie będąc pewien czy dobrze
robi, biorąc nietoperza na ręce. Wyjął z kieszeni spodni czarną chustę w białe
wzory którą dala mu kiedyś Shine by miał w co wytrzeć brudną twarz i ręce.
Nigdy nie pozwolił by na prezent od niej spadł choć pyłek jakiegokolwiek brudu.
Ale teraz to zupełnie inna sytuacja.
Delikatnie
owinął nietoperza w chustę i trzymając go na dłoni blisko swojego ciała, by
jakoś go ogrzać ruszył w dalszą drogę do domu. W jego głowie jak znikąd
pojawiła się myśl, że chciałby by stworzenie wróciło do zdrowia. Spojrzał na
jego zamknięte oczka, które lśniły się delikatnie w złoto pomarańczowym blasku
budzącego się słońca, które niespodziewanie wyjrzało znad horyzontu.
-
Niedługo będziemy w domu - powiedział do nowego towarzysza i dalej żwawo
kroczył przed siebie. W lewej ręce mocno trzymał łuk, w drugiej delikatnie
małego nietoperza, a wschodzące słońce budziło las do życia.
O ludzie, widziałam tutaj tragiczną literówkę, ale nie mogę jej znaleźć. Jak ktoś ją wypatrzy, to niech mi powie.
Chciałam przekazać kilka słów na wstępie, bo ten blog działa trochę inaczej niż poprzednie, pod którymi się podpisywałam. Jeśli ktokolwiek czytał to kiedyś na komputerze, to widział, że w zakładce z autorami są dwie osoby; piszemy we dwójkę, Aina (tak, ta z MU) i ja. Wydarzyło się tak dlatego, że pewnego dnia Aina rzuciła mi żarcik, że może zaczniemy coś takiego pisać, a ja nie odpuściłam i... oto blog. Praktycznie może się z nim wszystko stać, bo Aina nie spierdzieliła sobie życia tak jak ja i ma wymagające studia, które niedługo się zaczną, zabierając jej czas na pisanie, którego i tak zbyt wiele nie ma; a poza tym ma też swoje, ważniejsze opowiadanie (do którego publikowania namawiam ją jakoś dwa lata). Także jak na razie ja jestem podjarana, ale możliwe, że opowiadanie zaraz się sypnie.
Dzięki temu że piszemy we dwie, opowiadanie będzie bardziej zróżnicowane. Aina skupia się bardzo na świecie przedstawionym, gdy mi obojętne, czy bohater przeszedł obok dębu czy buku, nawet ich nie rozróżniam. Od mojej współautorki można się również spodziewać różnych zagadek, dużo szczegółów i jakby bardziej wyrafinowanego języka. Moje sceny zazwyczaj idą szybko i zawierają moje trzy ulubione rzeczy; smoki, rany i pół Japończyków. Jak się można domyślić, większość scen z Hunterem jest napisane przez Ainę, a większość z Chaosem przeze mnie. W tym rozdziale jest tak mniej więcej po połowie i jestem bardzo ciekawa, czy ktoś rozróżni momenty, w których urywa się narracja jednej, a zaczyna drugiej.
Kończę tą notkę autorską bo jeszcze napiszę ją dłuższą niż rozdział.
Uszanowanko.
PS. Zapomniałam przy prologu powiedzieć jaka ważna jest playlista i że pierwsza piosenka pasowała do prologu w cholerę, a z kolei tutaj na końcu, gdy słońce wschodzi, słyszę refren czwartej.
Żeby nie było, credit za obrazek użyty w rozdziale: Effett na tumblrze


usunęło mi zajebisty komentarz, więc napiszę krótszy, bo mnie chuj strzelił :)))
OdpowiedzUsuńa więc, opowiadanie. Podoba mi się. Idea, że dwóch niezależnych bohaterów chce uratować smoki, mimo że sami ich nie posiadają. To kochane, jak dla mnie.
zawarta różnica pomiędzy głównymi postaciami także jest istotna. Już na starcie pokazuje czym różnią się mężczyźni.
polubiłam Shine, bo jest taka... ludzka. Martwi się o gościa, który ma pseudonim Hunter. To mówi za siebie. Chcę poznać jej historię, upodobania i resztę charakteru. Czekam także na Shadow i jej relację z Chaosem.
igła :))) wcale mi nie słabo :)))
opisy, heh. Dla mnie są... zbyt luźne? Wniosłabym w nie coś żywszego, coś potrzebnego do opowiadania. Jak dla mnie nie jest ważne, że bohater przeszedł obok dębu, a potem obok brzozy – przechodzi obok starego drzewa (które może wzbudziło w postaci strach, zachwyt, cokolwiek).
używanie dywiz w dialogach także boli. Może dlatego, że już się przyzwyczaiłam iż wszyscy ich używają, idk.
jeśli jesteśmy przy dialogach to zahaczę także o ich treść. Są wyniosłe, idealne. Ja bym wniosła jakieś pomyłki, głupie powiedzonka, stworzyła styl mówienia dla danego bohatera. Zlewają się, przez co osobiście nie pamiętam, co kto powiedział. Wiem, co zostało zawarte, ale nie z jakich ust to wyszło. Wprowadziłabym jakieś malutkie sprzeczki, wymianę zdań, jak w prawdziwym życiu. No i przede wszystkim to, że czytelnik może się dowiedzieć wiele rzeczy właśnie z nich, a nie z głowy bohatera (jak to, że dowiedzieliśmy się z kim walczył Choas).
widziałam także potyczki w interpunkcji (sama nie jestem mistrzem w tym, ale wato znać podstawowe zasady), jednakże jesteśmy tylko ludźmi.
pojawił się błąd logiczny – zamknięte oczy nietoperza lśniły w świetle (zaznaczę, że nie trzeba pisać "lśniły się delikatnie", bo to zmienia znaczenie zdania – lśniły się same od siebie, a nie w świetle słońca). Najlepiej przed oddaniem tekstu czytelnikom przeczytać, to co się stworzyło parędziesiąt razy, dla pewności.
Podoba mi się, zostaję tu, żeby dalej was dręczyć XD mam nadzieję, że opowiadanie dotrwa do końca, mimo przeciwności i dowiemy się kto jest mordercą.
ps. już kocham tego nietoperza i coś czuję, że będzie dobry duet z niego i Huntera
Skomentuje, żeby nie zapomnieć jutro. Ogólnie, widać różnice. Minimalną, ale widać. Widać, gdzie wchodzu Ula ze swoimi chudymi, kościstymi chłopakami, a gdzie Aina (choć jej stylu nie znam w ogóle) dodaje coś od siebie. Ale hej, razem to tworzy super piękną całość! W sumie nie wiem, chciałabym się doczepić (X D) ale nie mam czego. To pierwszy rozdział. Początki nie są łatwe, nie miałam wygórowanych oczekiwań żebyście obie dały tu coś OH TAK TAKIEGO, ŻE JAPIERDOLE, tylko cóż, mamy głównych bohaterów, mamy różnice między nimi. Dobry początek! Poważnie.
OdpowiedzUsuńW sumie ostatnia scena jest cute. Nie wiem czemu, ale jest.
Co do reszty, nie powiem czy coś jest źle, czy dobrze. Nie jestem specjalistą czy cos. XD
Jest klimat, a jak jest klimat to mamy połowę sukcesu. Trzymam kciuki za was obie i mam nadzieję, że się wam to nie sypnie!