Rozdział 2

Chaos otworzył oczy i od razu je zmrużył, nie chcąc aby światło za bardzo go raziło. Shadow znów zapomniała zasłonić okna, gdy po opatrzeniu jego ran wróciła do siebie. Chłopak wstał i wyprostował się, a ból po świeżych ranach przeszył jego plecy. Wiedział, że mimo przyzwyczajenia do wczesnych treningów, tym razem nie da im rady.
Otworzył okno i oparł się o parapet. Rozejrzał się po okolicy, szukając wzrokiem jakiegoś ruchu. Zmarszczył brwi, gdy niczego nie dostrzegł. Machinalnie rozpuścił potargane włosy i prowizorycznie ułożył je tak, aby nie wyglądać jakby miał afro.
- Brutus! – zawołał cicho.
Chwilę później usłyszał szelest liści, a między drzewami pojawił się mały, rachityczny smok. Przebierał skrzydłami w zdecydowanie zbyt szybkim tempie w porównaniu do tego, w którym leciał, ale Chaos i tak był z niego dumny. Smok przysiadł na jego ramieniu, jego łapa ześlizgnęła się parę razy i dopiero gdy chłopak go podsadził, stwór odzyskał równowagę. Był rozmiaru średniego psa i na tym jego możliwości się kończyły – hodowca porzucił go, bo wiedział, że nie będzie z niego żadnego pożytku.
Smok był chory, ale Chaos postanowił go przygarnąć, bo wiedział, że bez jakiejkolwiek pomocy stwór nie dałby rady przeżyć kilku lat. Był on również jedynym wspomnieniem chłopaka o rodzinnym domu – nazwał go na cześć psa, najwierniejszego towarzysza jego taty; żołnierza. Jako dziecko Chaos przyzwyczaił się do sypiania z psem w łóżku, gdy jego ojciec był na misji i zwierzak potrzebował męskiej klaty do oparcia się. Być może dlatego pozwalał karłowatemu smoczysku brudzić zabłoconymi pazurami jego pościel i wylegiwać się zdecydowanie za długo, nie dając mu pościelić łóżka tuż po wstaniu.
Brutus oparł łeb na klatce piersiowej właściciela i westchnął sennie. Potrzebował leków jeszcze bardziej niż Chaos i chłopak już się do tego przyzwyczaił. Skoro chciał mieć jakąś namiastkę domu, musiał się starać, aby ją utrzymać.
Smok na dobrą sprawę wiódł bardzo podobne życie do psa, po którym otrzymał imię. Jego pan co chwilę znikał, a gdy wracał, był w gorszej formie niż przed misją.
W rodzinie Chaosa dwa pokolenia związane były z wojskiem – gdy jego dziadek zginął na wojnie, ojciec postanowił sobie, że nie pozwoli synowi pójść w ich ślady. Bardzo się starał zająć syna swoimi pasjami; od małego uczył go grać na gitarze, dzięki czemu chłopak dostał się do dobrze zapowiadającego się zespołu. Cała rodzina była z niego dumna, na czele z ojcem, który pragnął aby Chaos został kimkolwiek byle nie żołnierzem.
Prawie mu wyszło.
Wokalista jego zespołu odszedł po paru dniach istnienia grupy, przez co tymczasowo jego funkcja przypadła Chaosowi. Nie miał jeszcze mutacji, krzyczał najbardziej jak potrafił, zdzierając sobie gardło. Dał radę tak zagrać koncert. Dzień później go zabrali i cała przyszłość, o którą jego tata tak bardzo dbał, legła w gruzach. On nie miał wyboru.
- No i co, kolego? – przechylił się w bok, aby smok zeskoczył na podłogę, bo bał się, że zahaczy pazurem o szwy na jego plecach. – Co zjemy? – stwór spojrzał na niego bez zrozumienia, gdy podszedł do szafy i znalazł sobie idealną, czarną koszulkę bez rękawów.
Przygotowywanie śniadania Brutusowi wymagało od Chaosa pełni sił, bo smok nie umiał samodzielnie nic upolować, a gardził zimnym mięsem, którego nie umiał sobie sam podgrzać.
Chłopak próbował nauczyć swojego podopiecznego ziać ogniem, lecz Brutus był wyjątkowo niezdolnym uczniem – większy płomień niż ten, którym smok zdołał zionąć, Chaos potrafił wytworzyć na swojej dłoni. Starał się nawet bardziej dosłownie tłumaczyć stworowi o co chodzi – odwracał się bokiem do smoka, otwierał usta i podkładał rękę przy policzku, aby smok nie widział, i udawał, że zieje ogniem. Ale Brutus zazwyczaj nie rozumiał. A gdy już zrozumiał i spróbował, to jedynie osmalił mu biurko, po czym zaczął domagać się trzeciego obiadu.
Podgrzał pokaźny kawał mięsa ogniem wytworzonym na własnej dłoni i rzucił go smokowi, który złapał jedzenie w locie, po czym usadowił się wygodnie przy szafce kuchennej i zatopił kły w pożywieniu.
Otworzył ponownie lodówkę i wyjął trzy jajka, które postanowił sobie usmażyć. Uważając na nie, patrzył jednocześnie przez okno wypatrując smoków, morderców, i innych powszechnych i codziennych rzeczy.
- Jakim cudem po tym całym żarciu nadal odstaje ci połowa kości?
Odwrócił się i zobaczył siedzącego przy stoliku chłopaka. Two był niski, drobny i rozczochrany. Popijał zimną herbatę której zapewne nie zdążył dopić wieczorem – był istnym uosobieniem obrażonego poniedziałkowego człowieka, tyle że on akurat wyglądał tak przez całe swoje życie. Miał dwadzieścia sześć lat, ale każdy uwierzyłby, gdyby powiedział, że ma osiemnaście. Jego rudawe, kręcone włosy wyglądały jakby rzadko widywały grzebień, a ubranie krzyczało o pomoc pralki lub żelazka. Sznureczki przy kapturze bluzy były niesymetryczne, a jeden nawet zakręcony do tyłu na plecach.
- Być może mój tasiemiec jest większy niż podejrzewałem – odpowiedział po chwili Chaos, gdy jego oczy przetrawiły obraz kolegi.
Two zaśmiał się, ukazując swoje wybitnie krzywe zęby. Gdy spojrzał w okno, światło dzienne rozświetliło najbardziej charakterystyczną cechę jego wyglądu; dwukolorowe oczy – lewe niebieskie, prawe brązowe.
- Dosmażyć ci coś przy okazji? – zapytał Chaos, gdy tłuszcz na patelni prawie odprysnął mu na twarz.
Two pokręcił przecząco głową, po czym sięgnął do szafki po czekoladę. Odpakował ją z papierka po czym zaczął jeść, gryząc tabliczkę niczym batonik lub kanapkę.
- Ty to masz uzależnienia – skomentował skośnooki.
- Czekolada to najlepsze uzależnienie – powiedział chudzielec. – Pod jej wpływem nie podejmuję głupich decyzji. Nie tracę milionów. Albo nie dowiaduję się później, że mam z nią dzieci. Same korzyści.
- Gdy nie tyjesz, jak najbardziej – odpowiedział Chaos, ignorując nawiązania do jego przeszłości w wypowiedzi Two.
To wcale nie było tak, że kiedyś podpity zjadł puszkę od piwa. Tym bardziej nie on kiedyś nie mógł spać po nocach, bo dziewczyna podejrzewała go za ojca swojego dziecka (myliła się). Co do milionów jednak Two za bardzo popłynął w wyobrażeniach, bo wśród nich praktycznie nikt nie miał szans na jakiekolwiek pieniądze. Żyli niczym starożytni wojownicy, którzy dostawali to, co wywalczyli.
- Myślę, że stres nas odchudza – przyznał szczerze Two. – Storm często wpieprza ze mną słodycze, a też jest chudy jak patyk.
Chaos przytaknął, siadając naprzeciw kolegi ze swoim śniadaniem, ledwo mieszczącym się na największym talerzu jaki znalazł. Myślał, że Two mógł mieć rację – chłopak zazwyczaj miał rację; w przeciwieństwie do wyglądu, inteligencją przewyższał praktycznie wszystkich zebranych w całym budynku.
Brutus zatrzepotał skrzydłami i usiadł na szafce, meldując jednocześnie, iż właśnie skończył jeść. Zaczął wymachiwać ogonem i w tym momencie jego właściciel zaniepokoił się.
- Ani mi się waż coś zrzucić – zapowiedział.
Smok niczym w odpowiedzi na to z gracją przespacerował się po blacie, trącając ogonem szklankę, od której hałasu sam się przestraszył i czmychnął na korytarz.
Chaos westchnął.
- Wychowywanie go idzie ci tak dobrze jak szukanie mordercy – Two zaczął śmiać się z własnego żartu i natychmiast przestał, po tym jak Chaos zmierzył go wzrokiem.
***
Shine wyszła na korytarz i w ostatniej chwili skręciła w stronę pokoju Huntera, a nie kuchni. Podejrzewała, że zastanie go śpiącego, a nie przy śniadaniu – próbowała na niego poczekać, ale znów nie zdążył wrócić, zanim padła ze zmęczenia.
Poza tym, nie śpieszyło jej się do kuchni, tym bardziej, że słyszała dobiegające z pomieszczenia głosy Chaosa i Two. Wiedziała, że zaraz zrobi się tam jeszcze bardziej gwarno, gdy reszta domu także postanowi zwlec się z łóżek.
Na palcach bosych stóp podeszła do drzwi, za którymi znajdował się pokój Huntera. Nigdy nie była do końca pewna, czy powinna je otwierać, ale w głębi duszy coś mówiło jej, że musi sprawdzić czy Hunter dotarł do domu i teraz śpi bezpiecznie po nocnej wyprawie.
Powoli nacisnęła klamkę i zajrzała do środka, a jej oczom ukazał się znajomy widok. Chłopak spał zwrócony twarzą do ściany, przykryty kołdrą aż po samą szyję, jakby było mu zimno. Dopiero po chwili dostrzegła czarny materiał leżący na poduszce obok jego głowy. To było coś nowego.
Zawahała się na moment, nie rozumiejąc, czemu go tam położył. Przyglądała się czarnej chuście z zastanowieniem i powoli, by nie obudzić śpiącego Huntera zamknęła za sobą drzwi. Wiedziała, że najcichszy szmer jest w stanie dotrzeć do uszu chłopaka i go obudzić. A nie miała zamiaru ani go denerwować, ani narażać się na niespodziewany atak obronny z jego strony.
Stąpając delikatnie po drewnianej podłodze, podeszła do łóżka. Przykucnęła obok i odkryła zawinięte w chustę skrzydlaste stworzenie. Nie zdążyła jednak nawet pomyśleć, co powinna teraz zrobić widząc prowizoryczny opatrunek na skrzydle nietoperza, a zauważyła, że Hunter zaczął się przebudzać i przewracać na drugi bok. Zaklęła w duchu, patrząc prosto we wciąż zaspane oczy łucznika.
- Cześć – usłyszała zachrypnięty głos.
- Wybacz – powiedziała od razu, zapominając się przywitać. – Nie chciałam cię obudzić
- Nic nie szkodzi – odparł, po czym podniósł się na rękach i spojrzał na nietoperza z troską w oczach, jakby nie przejmując się obecnością dziewczyny.
To było dziwne, ale Shine odniosła wrażenie, że Hunter w ogóle nie ma jej za złe wtargnięcia do pokoju bez pytania i obudzenia go ze snu, który zapewne nie trwał dłużej niż dwie godziny. Wydawało jej się, że jest wręcz szczęśliwy z tego powodu.
- Znalazłem go wczoraj, wracając do domu – odezwał się znowu, gdy Shine wciąż próbowała rozgryźć jego niecodzienne zachowanie. – Pomyślałem, że moglibyśmy mu pomóc. Ale nie chciałem cię budzić o piątej nad ranem.
- Trzeba było – odparła w końcu. – A gdybym nie przyszła i pokazałbyś mi go za parę godzin? – ich spojrzenia spotkały się i Shine wiedziała, że ten uśmieszek i chochliki w oczach nie są przypadkowe. – O co chodzi? – spytała, mrużąc powieki.
- Ktoś chyba zapomniał, jaką zdolność posiadam – zaśmiał się. – Czasem słyszę twoje kroki i wiedziałem, że przyjdziesz.
Shine obserwowała go dłuższą chwilę, czując się jak żołnierz, któremu ukradli zbroję tuż przed samą walką.
- Ja nie… - nie bardzo wiedziała, co teraz powiedzieć. Dodatkowo czuła niesamowitą złość na siebie, że dała się tak przyłapać.
- Spokojnie. Nieistotne. Teraz lepiej zając się nim – wskazał na śpiącego nietoperza.
- Opowiedz mi, co się stało – szczęśliwa ze zmiany tematu zaczęła ostrożnie odwijać opatrunek.
- Historia, którą ja znam zaczyna się od momentu, gdy spadł na ziemię, zahaczony strzałą. Ma ranę na skrzydle, którą trzeba by się najpierw zająć.
Blondynka kiwnęła głową, wiedząc już, co robić. Łagodnie podniosła nietoperza z zamiarem zabrania go do siebie i opatrzenia wszelkich zranień.
Zatrzymała się jednak przed drzwiami, gotowa chwycić klamkę, gdy usłyszała niepewny głos Huntera.
- A gdyby został z nami?
Shine odwróciła się i spojrzała na niego, a Hunter machnął ręką, wskazując na zwierzę.
- Chaos ma Brutusa i wyglądają na zgraną ekipę – kontynuował. – Może ja i nasz nowy kolega też byśmy się dogadali na nocnych przechadzkach?
- Myślę… Myślę, że to byłby dobry pomysł – odparła powoli, uśmiechając się lekko. – I tak będzie musiał zostać na jakiś czas, bym mogła obserwować jak odzyskuje siły i proces gojenia się skrzydła. Ale weź pod uwagę, że może chcieć wrócić do domu. Swojego domu.
Hunter westchnął i kiwnął głową, że rozumie.
- Ale – dodała. – Uważam, że nad jakimś fajnym imieniem możesz myśleć. Nigdy nie zaszkodzi nazwać go chociaż na czas pobytu u nas. – spojrzała na nietoperza i palcem pogłaskała go po łebku.
Hunter poczuł jak robi mu się ciepło na sercu, widząc dziewczynę delikatnie obchodzącą się z bezbronnym stworzeniem. Imię natomiast wymyślił już wracając z nocnej wyprawy. Powiedział je prawie bezgłośnie, ale to wystarczyło, by Shine zastygła na moment z niedowierzania.
- Powtórz – powiedziała.
- Svart – Hunter spełnił jej polecenie, nie ukrywając zdziwienia. – Nazwałbym go Svart. Bo moim ojczystym języku oznacza to…
- Czerń – Shine wydusiła z siebie to słowo, jakby właśnie zmuszono ją do wyznania najszczerszych sekretów z całego jej życia.
Hunter usiadł sztywno na swoim łóżku i spojrzał na Shine pełnym porozumienia wzrokiem. Nie musieli już nic więcej mówić. Zrozumieli się lepiej, niż udawało im się to kiedykolwiek wcześniej. Teraz wiedzieli, że mają ze sobą więcej wspólnego niż sądzili do tej pory.
***
Two zamknął drzwi od budynku i wziął do ust ostatni gryz czekolady, który został mu po wędrówce. Zgniótł papierek i chowając go do kieszeni powalił się na kanapę jak zmęczony po całym dniu pracy górnik, a swoje nogi w czarnych vansach położył na stole. W domu panowała cisza. Słońce za oknem powoli zbliżało się ku zachodowi, a to oznaczało że mieszkańcy ich twierdzy niedługo zaczną do niej wracać – jeśli już nie wrócili i teraz z przemęczenia nie spali w swoich pokojach.
Założył ręce za głowę i przymknął oczy, by wykorzystać chwilę spokoju jaki panował w domu i uciąć sobie drzemkę.
Miał wrażenie, że zaczął śnić, zanim jeszcze zapadł w sen. Widział siebie jak kładzie się na miękkiej trawie, wokół od wiatru kołyszą się zielone źdźbła i kwiaty, a w uszach słychać bzyczenie pracujących w pocie czoła owadów. Udało mu się spać spokojnie dopóki mózg nie wyimaginował sobie armii tłukących młotami w garnki potworów. Tabun z furią rzuconych naczyń poleciał w jego stronę gdy tylko stwry go zauważyły, sprawiając, ze Two od razu otworzył oczy i zerwał się z kanapy na równe nogi, obudzony niespodziewanym hałasem w kuchni.
Czując serce łomoczące mu dwa razy mocniej, biegiem rzucił się w stronę kuchni, by zastać tam scenę której w życiu by się nie spodziewał. Tuż przed nim leżał nieprzytomny człowiek, który oparty o szafki, coraz bardziej zsuwał się na podłogę. Wokół leżały trzy garnki wcześniej pozostawione do wyschnięcia na blacie.
Two zamrugał kilka razy, zastanawiając się, czy aby na pewno się obudził i czy nikt nie dosypał niczego do czekolady. Ale przed nim naprawdę leżał chudy, czarnowłosy chłopak. Być może nawet jeszcze niepełnoletni.
Podszedł do niego, nadal nie mogąc pojąć, co się dzieje. Spojrzał na okno. Zamknięte i nienaruszone. Więc jak ten chopak tu wszedł? Przez główne drzwi nie miał wstępu nikt spoza wpisanych w bazę linii papilarnych mieszkańców.
Przyłożył dwa palce do szyi chłopaka i dopiero po paru sekundach wyczuł słaby puls. Poczuł jak po czole spływa mu kropla potu. Zerwał się i pobiegł do pracowni Shine, której oczywiście nie było – bo to nie byłoby prawdziwe życie, gdyby dziewczyna akurat mogła mu pomóc. W zdenerwowaniu zaczął przeglądać fiolki, poustawiane na półkach i pooznaczane karteczkami, których i tak większość lokatorów nie czytała.
Jednym nieuważnym ruchem chłopak niemal stłukł trzy fiolki naraz. Trzęsącymi się rękami poustawiał wszystko z powrotem i w tym momencie opis jednej buteleczki przykuł jego uwagę.
Omdlenia, zawroty głowy. Starczą trzy krople. NIE CHLAĆ LITRAMI, C H A O S.
Wypadł z pracowni Shine, pozostawiając ją w bałaganie i pobiegł do nieprzytomnego. Wyjął wetkniętą we fiolkę pipetę i napełnił ją lekiem. Niezdarnie oparł niekontaktującego chłopaka z powrotem o szafki, po czym podał mu trzy krople eliksiru, gotów spanikować jeszcze bardziej gdy czarnowłosy się zakrztusi.
Odłożył butelkę na blat i złapał chłopaka pod ręce by przeciągnąć go do pokoju na kanapę. W momencie gdy małymi kroczkami wydreptał z kuchni ciągnąc nogami nieprzytomnego po ziemi, usłyszał zgrzyt zamka odblokowującego drzwi i do środka weszła Shine, obdarowując Two pełnym pytań spojrzeniem.
- Nie mogłaś dziesięć minut wcześniej? – jęknął bezsilnie, ledwo łapiąc oddech.
- Co tu się dzieje i co mu się stało? – spytała na jednym wdechu, stojąc jak wryta.
- Potem ci opowiem. Pomóż mi – odparł, wlokąc obcego na kanapę.
Shine podeszła do nich i przerażona spojrzała na Two.
- On nie mieszka w naszym domu. Włamał się?
- Na oknie nie ma śladów – westchnął, zmęczony tachaniem niby wychudzonego, ale jednak nieco ciężkiego człowieka. – Kurde, nie sądziłem, że człowiek, który ma nogi jak dwa szczudła może być tak ciężki – wpadł w wir mówienia za dużo, jak zwykle, gdy czuł się czemuś winny i chciał zatuszować sprawę.
Prawdopodobnie każde z nich na widok obcego, nie przedstawionego im człowieka w tym budynku, powinno nie spieszyć mu z pomocą, a jedynie brutalnie przesłuchać go o tym, jak śmiał się tu pojawić, narażając ich na gniew dowództwa za rzekome wpuszczenie osoby trzeciej.
- Nie wpadłeś na to by stworzyć klona i sobie pomóc, prawda? – Shine spojrzała na niego spod przymarszczonych brwi.
- Byłem zestresowany! – jęknął Two, rozkładając bezradnie ręce. Prawie nigdy nie używał swojej magicznej zdolności i przez to często zapominał, że ją posiada. – On tam zemdlał, narobił huku, a ja nie mogę zostawić człowieka w potrzebie, nawet jeśli jakiś dowódca mnie za to pobije.
Shine westchnęła.
- Dobra, najpierw spróbujmy mu pomóc. Podałeś mu coś? – zapytała próbując ocucić nieprzytomnego siedząc obok na kanapie. Bezskutecznie.
Two zamiast odpowiedzieć przyniósł jej buteleczkę. Dziewczyna kiwnęła głową, a kudłaty przysiadł na brzegu stołu obserwując ją.
Chwyciła delikatnie lewą rękę nieznanego im chłopaka i zobaczyła gojącą się ranę zaczynającą się od ramienia i kończącą przed łokciem. Two zauważył, że dziewczyna na chwilę zesztywniała i po chwili obdarzyła go poważnym spojrzeniem.
- Co jest? - zapytał. – Nie mów mi, że już nie mamy kogo ratować.
- Wręcz przeciwnie – odparła poważnie – Rana się goi idealnie, Two. Musiała zostać zadana niedawno i w dość szybkim czasie podjęte zostało leczenie. Zszyta nićmi, które zanurzone zostały w specjalnie przygotowanych do tego ziołach.
- Zaraz – przerwał jej, nie bardzo rozumiejąc do czego Shine zmierza. – Jest ktoś jeszcze, kto ma identyczną zdolność jak ty? To niemożliwe prze… - urwał w trakcie, gdy powoli zaczęło do niego docierać, co odkryła Shine. Wskazał palcem na nieprzytomnego chłopaka i zaczął zadawać pytanie: - Czy to...
- To mój nietoperz – usłyszeli Huntera, który stanął niedaleko nich w jeszcze większym szoku.







Cześć.
Napisała Ulix, do pustej widowni.
W sumie nie wiem, co mam pisać. Jestem tak podjarana konceptem tego opowiadania, że nie potrafię przestać go publikować mimo wielu złych stron, błędów, czy małej ilości czytelników.
Większość rozdziału napisała Aina.
Może jeszcze coś z tego będzie.

Komentarze

  1. znowu usunęło mi komentarz:)))) więc piszę kurwa w skrócie, bo naprawdę mi się nie chcę znowu tego robić
    przyjaźń Two i Chaosa>>>>
    stworzę im zaraz nazwę shipu, no sorry. Chawo? Może być? XD
    wgl opisanie historii Chaosa to jest coś, co mogłabym czytać godzinami
    Brutus to taka moja Necia, totalnie
    o literówkach, któee mogłabym je wskazać, aby wam pomóc, nie pamiętam
    relacja Huntera i Shine jest taka... idk jak to nazwać. Przyjemna, delikatna, powolna. No supi.
    Opisy są o wiele lepsze, co mi się podoba, bo przyjemniej się czyta, jak dla mnie
    kom jest napisany tak na odjeb się, bo mi tamten usunęło (jak wspomniałam), więc ignorujcie te skróty, proszę XD
    jak mi przytaknęłaś na mój przebłysk nietoperzem to nie spodziewałam się... tego, serio. Hunter, wjebałeś się no, co ci więcej powiedzieć
    a więc czekam na ciąg dalszy i żeby w końcu odnaleźli tego chuja, co zabija smoki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie ma jak to popełnić literówki w zdaniu o literówkach XD mistrz

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty